Po wszystkich moich
podróżach niewątpliwie nasuwa mi się wiele myśli, które miałyby pomóc w
syntezie doświadczeń. I choć czasem mam wrażenie, że już prawie dotknęłam prawy
objawionej o różnicach kulturowych i jak je wychwytywać w natłoku szumu
informacji, zawsze gdzieś po drodze gubię ich prawdziwy sens. Niewątpliwie
jednak kwestia toalet, które widziałam i z których, chcąc nie chcąc
korzystałam, najpełniej do tej pory pozwoliła mi na konkretny obraz i
podsumowanie miejsc, które widziałam.
Tak też zaczynając od
„cywilizowanego” zachodu chyba najbardziej w pamięć zapadły mi toalety na
pięknej, niemieckiej ziemi, na trasie Arhus (Dania) – Berlin. Po przekroczeniu
duńskiej granicy i wpłynięciu na przestwór zieleni Germanii w zaskoczenie
wprowadziły nas kible na stacjach benzynowych. Wchodziło się do nich przez
bramki, podobne do tych w warszawskim metrze. Same kabiny były sterylnie
czyste, a po „skorzystaniu” muszla klozetowa obracała się wraz ze wskazówkami
zegara pod małą gąbką czyszczącą nasączoną płynem anytbakteryjnym. Moje
zaskoczenie tym niezwykłym popisem czystości sprawiło, że musiałam jeszcze parę
razy wypróbować ten cudowny patent. Jakież to wspaniałe urządzenie, milion razy
wyprzedzające kibelki samospłukujące dla zapominalskich, spotykane często i gęsto
w centrach handlowych.
Tak pewna swoich
przekonań, nad tym, że to toaleta, a zwłaszcza jej czystość, jest świadectwem
bogactwa i zamożności narodu, wybrałam się do Indii. Co ciekawe, kraj ten
gruntownie zmienił moją opinię na ten temat :)
Kwestia toalet, a zwłaszcza
ich czystości, jest rozległym tematem w Indiach, tematem niezwykle
wielowątkowym i wynikającym nie tylko z kultury i wierzeń, ale też samego
przystosowania fizycznego. Po pierwsze, co łatwo się domyślić , najczęściej
spotykaną formą kibelka jest dziura w ziemi z porcelanowymi nóżkami.
Patent,
nawet w Polsce uważany za anachroniczny i obrzydliwy, w Indiach święci triumfy.
Jest to standardowe rozwiązanie nie tylko w miejscach publicznych (pociągi,
knajpy), ale także w domach zwykłych hindusów. Niezwykłym zaskoczeniem było dla
nas odkrycie, że w domu „aspirującego do zachodniego stylu” coacha, toaleta
całej rodziny składała się właśnie z prysznica, umywalki i tych sławetnych,
porcelanowych nóżek. Na szczęście miała spłuczkę, przez co czynności związane z
„twardszymi tematami” nie wzbudzały aż tak dużego obrzydzenia. Z Kasią długo
debatowałyśmy, dlaczego hindusi, we
własnych, prywatnych domach, wolą taką, jakby nie patrzeć niewygodną formę,
toalet. Ku naszemu zaskoczeniu odkryłyśmy jeszcze bardziej absurdalną formę
toalety:
Paten jest zaskakujący. Po dłuższych
negocjacjach, a także badaniu empirycznym, odkryłyśmy, że na wyprofilowanych
bokach muszli po prostu się kuca, w ten sposób łącząc elementy tradycyjnej
toalety „kucznej” ze stylem „zachodnim”. Cóż za genialne w swojej prostocie rozwiązanie!
Nadal jednak nie
wiedziałyśmy, dlaczego takie właśnie rozwiązanie kucane, mimo widocznych
przykładów z zachodu, nadal cieszy się tak ogromną popularnością, a hindusi
budując nowe domy mimo wszystko montują sobie „porcelanowe stópki”. Odpowiedź
przyszła w Agrze z ust naszego „anioła stróża”, a także rikszarza, Moina.
Zaprosił nas na kolację do siebie do domu. Z dumą oprowadził po świeżo wybudowanym segmencie, pokazując też
toaletę „tradycyjną”. Kolację zjadłyśmy, trochę to kucając, a trochę siedząc po
turecku na łóżku w pokoju córek. Sam Moin cały wieczór siedział w bardzo
niskich „kuckach” na płaskich stopach. W pewnym momencie, zainteresowane jak to
możliwe, że wytrzymuje w tej pozycji i nie łapią go skurcze mięśni, zaczęłyśmy
go o to wypytywać, a także same próbować, co kończyło się ciągłymi
przewrotkami. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że wynika to z różnicy budowy
ciała pomiędzy białymi, a hindusami. My, Europejczycy, posiadamy mięśnie i
tłuszcz na łydkach, przez co automatycznie „kucanie” jest dla nas trudniejsze.
Hindusi, nawet opaśli, nigdy nie mają aż tak rozbudowanych nóg, jak nie
przymierzając, ja. Pozycja, którą oni naturalnie przyjmują, jest dla nich
równie wygodna jak siedzenie na krześle (potrafią w ten sposób cały dzień
wytrzymać), a co za tym idzie, toaleta w ten sposób nie wiąże im się z żadnym
dyskomfortem, a wręcz formą specyficznego odpoczynku.
Faktycznie fizyczna
predyspozycja do załatwiania się „na Małysza”, co w tym przypadku przez znacznie
obniżoną pozycję zadka, żartobliwie nazwałyśmy „na Żyłę”, w pewien sposób
odpowiedziała na nasze pytania. Jednak nadal pozostawała bardzo dyskusyjna
kwestia – czystości hinduskich toalet.
W trakcie naszej podróży po Indiach miałyśmy przyjemność mieszkać w kilku prywatnych domach, zaproszone przez hindusów poznanych na Coachsurfingu. Byli to faceci, mieszkający z rodzinami lub sami. Co nas uderzyło, to fakt, że toalety w domach „singli bez mamusi”, były, delikatnie mówiąc – obrzydliwe. Warto tu podkreślić, że nasi tzw. hości (ang. host) pochodzili z zamożnych rodzin, głównie kasty bramińskiej. Nie mogłyśmy więc dojść, jak mężczyzna, posiadający własne mieszkanie w centrum miasta (a to niebanalny wydatek), mający samochód na własność i inne udogodnienia, ma taki syf w kiblu?
Kwestia czystości w takim kraju jak Indie diametralnie zmienia znaczenie. Indie są krajem suchym (zwłaszcza przed monsunem), porośniętym pyłem i kurzem, gdzie na każdym rogu walają się tony śmieci. Dodatkowo menażeria w postaci świętych krów, psów, małp, a także wszechobecnych bezdomnych i slumsów, dodatkowo „zabrudza” ten obraz. Tak naprawdę bycie „czystym” w europejskich standardach jest tu niemożliwe. Na początku prowadziłyśmy wojnę z ogarniającym nas brudem, co chwila czyszcząc ręce chusteczki odświeżającymi oraz płynami antybakteryjnymi, martwiąc się o szybkość kurczenia się naszych zapasów. Jednak z czasem nasze „oczyszczające” rytuały stały się coraz rzadsze, dopuszczając pewne luki w kąpielach czy myciu zębów. Powoli zaakceptowałyśmy, że z kurzem osadzającym się na naszych ciałach nijak nie wygramy.
W Indiach, w odróżnieniu
od znanego mi świata Europy, znacznie ważniejsza od czystości fizycznej, jest
czystość rytualna. Przeciętny hindus, a zwłaszcza muzułmanin, nigdy nie tknie
jedzenia lewą ręką (cóż za niesamowity spektakl było obserwować Moina
pałaszującego obiad tylko prawą dłonią), ponieważ ta służy do rzeczy
nieczystych. Wokół ogromnej sieci, zwykle prostych, czysto symbolicznych
rytuałów, można się pogubić próbując je wszystkie wyłapać na raz. Faktem jest
jednak, że jedną z głównych przyczyn zmazy rytualnej jest kontakt z umarłymi
oraz nieczystościami. Zwłaszcza, kolokwialnie rzecz mówiąc, kupą. Tymi sprawami
zajmują się tylko Nietykalni, najniższa z kast, którzy przez resztę społeczeństwa
traktowani są może nie gorzej, ale na pewno ze znamionami obrzydzenia.
Oczywiście Nietykalny nie musi od razu znaczyć brudnego, zagłodzonego
bezdomnego – często są to ludzie przyzwoicie prosperujący, którzy jednak na
stałe mają kontakt ze „zmazą czystości”.
Łatwo z mojego wywodu
wywnioskować, że kwestia posprzątania toalety to oczywiście praca Nietykalnych.
Z moich obserwacji wynikło, że nasi hości, z reguły młodzi faceci, nie mieli w
domu służby specjalnie „wykwalifikowanej” , przez co stan toalet znajdował się
w tak opłakanym stanie. Widać, oczywiście podkreślam że to głównie nasza
obserwacja, że łatwiej udawać, że problem brudnej toalety nie istnieje i tego
się nie dotykać, skoro już sama kwestia zrobienia „kupy” jest naruszeniem
czystości, że lepiej nawet nie myśleć o jej wysprzątaniu. I nie ważne wtedy,
czy jesteś z kasty braminów, czy
jakiejkolwiek innej. Przed kiblem każdy w Indiach jest równy.
Wracając jednak do
głównego tematu – co toaleta może powiedzieć o kraju. Z jednej strony niemieckie,
samoczyszczące się kible to szczyt geniuszu i wygody ludzi zachodu. Z drugiej
jednak strony tak się zastanawiam – czy my z naszymi muszlami klozetowymi,
które obkładamy papierem toaletowym na lewo i prawo jeżeli tylko nie znajdują
się w naszym domu, jesteśmy tak bardzo sprytniejsi od hindusów i ich toalet „na
Małysza”?
