niedziela, 22 lipca 2012

Kanałem po Londynie


Londyn jest jedną z największych metropolii na świecie. Posiada prawie 8 milionową populację, powierzchnię ponad 1500 km kw i chyba wszystkie kultury i religie świata. To miasto niezwykłego mixu, pełne barw, dźwięków, smaków i kolorów. Każda dzielnica zachwyca kompletnie innym klimatem : City tłumem turystów, Nothing Hill pięknymi, kolorowymi budynkami i sobotnim targiem, Bloomsbury studentami i Virginią Woolf, Camden Town wszechobecnymi punkami, metalowcami i szaleńcami, Soho wygórowanymi cenami i towarzystwem światowych gwiazd, China Town zapachem chińskich potraw, Ealing polską mniejszością, Canary Warf – yuppie i smukłymi wieżowcami, a wszystko to połączone krwioobiegiem metra. Jednak często, patrząc na Londyn, zapomina się, że jest to bardzo stare miasto, o którym pierwsze wspomnienia pochodzą z 70 -80 roku n. e. Przez lata ciągle się zmieniało: pierwsze zabudowania mieszczące się na terenie Aldwych, są kompletnie niezauważalne, schowane głęboko pod wieloma warstwami budowanych i burzonych kamienic. Trudno też jest, patrząc na dzisiejsze miasto, zauważyć w nim charakter portowy, tak ważny dla ukształtowania się miasta. Transport wodny został praktycznie całkowicie przesunięty na wschód: główną cześć Tamizy przeznaczono na rejsy wycieczkowe i sporadyczne, okolicznościowe defilady. Podobnie zanikły prawie wszystkie kanały, chociażby wielki Fleet Street został całkowicie zasypany, zamieniając się w ciemną aleję. Jednak w Londynie nadal kanały mają swoje znaczenie, chociaż nie tak łatwo je znaleźć.
Z reguły zamieniły się w urokliwe rzeczki, w pełni pod kontrolą mieszkańców, mające raczej na celu umilenie krajobrazu i stworzenie atrakcyjnym terenów dla porannych biegaczy. Jednak nie wszędzie. Na północy i na południu znajdują się kanały gęsto zamieszkane. Na podłużnych barkach nadal mieszkają ludzie, mając swoje domostwa w samym centrum miasta, przy okazji płacą najniższy czynsz. Jest tylko jedna reguła –w jednym miejscu nie możesz przybić na dłużej, niż trzy tygodnie.
Tym razem zabieram was na niezwykły spacer wzdłuż jednego z najbardziej uroczych kanałów miasta, odkrytego przeze mnie całkowitym przypadkiem. Spacer biegnie od samego centrum szalonego Camden Town, zejście znajduje się tuż przy sławetnych Stables Market. Kierując się na wschód można sobie uciąć półgodzinny, magiczny spacer aż do Caledonian Road(tu przyznam się, że nie wiem jak dalej idzie trasa…), gdzie później kierując się na południe, wypadamy na sam, zatłoczony King Cross.
Serdecznie polecam każdemu, kto choć na chwilę chce uciec z gwaru wielkiego Londynu i zapuścić się na mniej turystyczne trasy!
A dla bardziej ciekawskich polecam urocze London Canal Museum przy York Way (na tyłach King Cross Station, tuż obok siedziby Guardian’a )



Mój własny Banksy! :)

sobota, 7 lipca 2012

Berlin w kolorze


Ostatnio w pracy rozmowa zeszła się na plany wakacyjne. Koleżanka powiedziała, że planuje wybrać się do Berlina, skonfrontować swoje wyobrażenie miasta jako Dzikiego Zachodu komunizmu, gdzie, jak jej się kojarzy, kłaki latają po szarych, pustych ulicach. Ta opinia zmusiła mnie żeby samej się zastanowić, jak wyglądał mój obraz. Muszę przyznać, że nim odwiedziłam stolicę Niemiec, miałam podobne skojarzenia. Moje jedyne wizualne obrazy pochodziły z kultowych filmów młodej fali, jak z sentymentalnego Good Bye Lenin! lub antykonsumpcyjnych Edukatorów. Berlin w moim wyobrażeniu był miastem wielkich alei przeznaczonych nie dla ludzi, a demonstracji siły zbrojnej nazistów,  brudnego beżu szarzejącego od dekad na socjalistycznych, kolosalnych budynkach, smutnych blokowisk i mieszkańców: schludnych, eleganckich, niedostępnych, ubranych podług niemieckiego ordung.


Berlin jednak okazał się ogromny zaskoczeniem! To miasto kolorów, muzyki, zabawy, sztuki nowoczesnej, sztuki użytkowej, flashmobów, niezwykłych ludzi i niespotykanego poczucia humoru!





 O godzinie 18 pewnego ciepłego wieczoru ni stąd ni z owąd Seal zaczął śpiewać pod bramą Branderburską wyposażony jedynie w gitarę. Gdy mój brat stwierdził, że dla żartu będzie jeździł w masce konia po mieście rowerem, okazało się, że nie posiadał najoryginalniejszego stroju i musiał ustąpić miejsca Darth Vaderowi i samozwańczej Myszce Mickey. Na każdym rogu są bujne, kolorowe murale, ludzie są otwarci i niezwykle przyjacielsko nastawieni, a miasto żyje w pełni przez całą dobę.














No i ta muzyka! Paul Kalkbrenner i album/film „Berlin Callin’”.


Może Berlin nie jest moim ulubionym miastem, ale na pewno jest to miejsce do życia dla młodych, ambitnych i kreatywnych ludzi, wyróżniając się na tle całej Germanii. Piątka z plusem i ogromny sentyment!