sobota, 7 lipca 2012

Berlin w kolorze


Ostatnio w pracy rozmowa zeszła się na plany wakacyjne. Koleżanka powiedziała, że planuje wybrać się do Berlina, skonfrontować swoje wyobrażenie miasta jako Dzikiego Zachodu komunizmu, gdzie, jak jej się kojarzy, kłaki latają po szarych, pustych ulicach. Ta opinia zmusiła mnie żeby samej się zastanowić, jak wyglądał mój obraz. Muszę przyznać, że nim odwiedziłam stolicę Niemiec, miałam podobne skojarzenia. Moje jedyne wizualne obrazy pochodziły z kultowych filmów młodej fali, jak z sentymentalnego Good Bye Lenin! lub antykonsumpcyjnych Edukatorów. Berlin w moim wyobrażeniu był miastem wielkich alei przeznaczonych nie dla ludzi, a demonstracji siły zbrojnej nazistów,  brudnego beżu szarzejącego od dekad na socjalistycznych, kolosalnych budynkach, smutnych blokowisk i mieszkańców: schludnych, eleganckich, niedostępnych, ubranych podług niemieckiego ordung.


Berlin jednak okazał się ogromny zaskoczeniem! To miasto kolorów, muzyki, zabawy, sztuki nowoczesnej, sztuki użytkowej, flashmobów, niezwykłych ludzi i niespotykanego poczucia humoru!





 O godzinie 18 pewnego ciepłego wieczoru ni stąd ni z owąd Seal zaczął śpiewać pod bramą Branderburską wyposażony jedynie w gitarę. Gdy mój brat stwierdził, że dla żartu będzie jeździł w masce konia po mieście rowerem, okazało się, że nie posiadał najoryginalniejszego stroju i musiał ustąpić miejsca Darth Vaderowi i samozwańczej Myszce Mickey. Na każdym rogu są bujne, kolorowe murale, ludzie są otwarci i niezwykle przyjacielsko nastawieni, a miasto żyje w pełni przez całą dobę.














No i ta muzyka! Paul Kalkbrenner i album/film „Berlin Callin’”.


Może Berlin nie jest moim ulubionym miastem, ale na pewno jest to miejsce do życia dla młodych, ambitnych i kreatywnych ludzi, wyróżniając się na tle całej Germanii. Piątka z plusem i ogromny sentyment! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz