Ostatnio w pracy rozmowa zeszła się na plany wakacyjne.
Koleżanka powiedziała, że planuje wybrać się do Berlina, skonfrontować swoje
wyobrażenie miasta jako Dzikiego Zachodu komunizmu, gdzie, jak jej się kojarzy,
kłaki latają po szarych, pustych ulicach. Ta opinia zmusiła mnie żeby samej się
zastanowić, jak wyglądał mój obraz. Muszę przyznać, że nim odwiedziłam stolicę
Niemiec, miałam podobne skojarzenia. Moje jedyne wizualne obrazy pochodziły z
kultowych filmów młodej fali, jak z sentymentalnego Good Bye Lenin! lub
antykonsumpcyjnych Edukatorów. Berlin w moim wyobrażeniu był miastem wielkich
alei przeznaczonych nie dla ludzi, a demonstracji siły zbrojnej nazistów, brudnego beżu szarzejącego od dekad na
socjalistycznych, kolosalnych budynkach, smutnych blokowisk i mieszkańców:
schludnych, eleganckich, niedostępnych, ubranych podług niemieckiego ordung.
Berlin jednak okazał się ogromny zaskoczeniem! To miasto
kolorów, muzyki, zabawy, sztuki nowoczesnej, sztuki użytkowej, flashmobów, niezwykłych ludzi i niespotykanego poczucia humoru!
O godzinie 18 pewnego
ciepłego wieczoru ni stąd ni z owąd Seal zaczął śpiewać pod bramą Branderburską
wyposażony jedynie w gitarę. Gdy mój brat stwierdził, że dla żartu będzie jeździł
w masce konia po mieście rowerem, okazało się, że nie posiadał
najoryginalniejszego stroju i musiał ustąpić miejsca Darth Vaderowi i
samozwańczej Myszce Mickey. Na każdym rogu są bujne, kolorowe murale, ludzie są
otwarci i niezwykle przyjacielsko nastawieni, a miasto żyje w pełni przez całą
dobę.
No i ta muzyka! Paul Kalkbrenner i album/film „Berlin Callin’”.
Może Berlin nie jest moim ulubionym miastem, ale na pewno
jest to miejsce do życia dla młodych, ambitnych i kreatywnych ludzi, wyróżniając
się na tle całej Germanii. Piątka z plusem i ogromny sentyment!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz