wtorek, 2 października 2012

O dziwnym pomniku



Od zawsze zastanawiało mnie jak rozumieć pewne elementy przestrzeni miejskiej. Czasem mam wrażenie, że ci przed nami albo architekci przestrzeni mają po prostu specyficzne poczucie humoru. No bo jak inaczej nazwać szkarady, wpadki bądź też monumentalne potwory które zapełniają przestrzeń miast? Dzisiaj przedstawiam prezentację najciekawszych figli rzeźbiarzy jakie udało mi się przyłapać w trakcie moich podróży. Opinię co do kwestii estetyki (czy jak ja uparcie będę powtarzać poczucia humoru), pozostawiam wam. Ja jedynie w komentarzu pozostawię radosną twórczość fotografowanych modeli.
Rzeźba w szkolnej ławce. Podpis holenderski. Nie pozostało nic tylko ściągać. Amsterdam, Holandia
 Mały nagi chłopiec na środku Aarhus, Dania. Czemu by nie...
 Zachodnie wybrzeże, Jutlandia, Dania. Pan z niezbyt wyraźną miną (dosłownie i w przenośni) spogląda na morze. Pewnie spodziewa się Brytyjczyków i z typowo duńskim podejściem próbuje przestraszyć ich samym wyrazem twarzy...
Norweska wersja patrzącego na morze. Stavanger, Norwegia
 Jak macie stawiać paskudne pomniki, to może jednak nie? Kopernik, Wrocław
 Kopenhaga, Dania. Gargulec fontanny na głównym placu. Aż kusił...
 Piedestał lampy ulicznej - motyw niezrozumiały dla mnie w tym miejscu ale na pewno rzeźbiarz ma dobre uzasadnienie. Kopenhaga, Dania
 Razem z Panem u góry nie do końca rozumiemy mosiężną babcię. Sztokholm, Szwecja
 Po środku Camden Town w Londynie nic nie dziwi, jednak poszerza możliwości zrobienia dziwnej sweet foci...
 "This work do not represent pictures or object" Czyli co prezentuje? Londyn, UK
 Rozumiem, że to symbol zjednocznenia wszystkich głuchoniemych? Liverpool, UK
 Powtarzałam Sylwii nie raz, żeby uważniej się pakowała... Liverpool, UK
 Obawiam się, że te dwie ponętne rzeźby stoją tu w celu robienia tylko takich zdjęć. Berlin, Niemcy
 Obiadek z manufakturzystami.... Łódź
Miś wskazuje palcem ewidentnie w złe miejsce...Łódź
 Ten pan jest żywym pomnikiem absurdu - potrafi tak stać i sprzedawać gazetę nawet przez kilka dni z rzędu. Londyn, UK
I ostateczne podsumowanie - jak kurhan pomnikiem być nie chciał ale troskliwi mieszkańcy wsi Pomorskiej obdarowali go sztucznym kwieciem oraz zniczami. Pomorze, ileś głazów które archeolodzy uznali za kurhan....

niedziela, 2 września 2012

Smak Budapesztu


Budapeszt jest monumentalną, piękną stolicą europejską:  Buda wraz z pałacem na szczycie, Peszt z niesamowitymi, klasycystycznymi budynkami, a środkiem leniwie płynie Dunaj.  Wszystko tutaj idealnie gra – piękna architektura, modne knajpki, urokliwe zakątki, apetycznie pachnąc restauracje, gigantyczna katedra i zapierające dech w piersiach pomniki ( z niesamowitym pomnikiem butów tuż przy Parlamencie). Ni w pięć ni w dziesięć Paryż albo Wiedeń.






A jednak!


Obraz całości całkowicie zmienia komunikacja stolicy Węgier. Wszędzie królują stare, śmierdzące Ikarusy, metro nigdy nie wiadomo czy przyjedzie i czy wyjdzie z tunelu na następnej stacji.  Ach, jeszcze kontrolerzy biletów! W jakim innym europejskim mieście, z tak wielkimi, multikulturowymi aspiracjami sprawdzanie biletów polega na spotkaniu na bramkach ze starszymi panami z wielkim brzuszkiem, który nawet nie wiadomo czy będzie tam stał? I ta najstarsza linia metra(druga na świecie, z początku XX wieku!), która jest tak maleńka, że cały czas się zastanawiałam czy nie zahaczę o sufit? Efekt – gwarantowany! Byłam w pełni zachwycona!




Najdziwniejszy autobus wycieczkowy czyli amfibią przez Dunaj
Najdziwniejszy pomnik fundatora metra Budapesztu na stacji w Centrum

Żeby polepszyć apetyt, polecam przed wyjazdem obejrzeć film „Kontrolerzy”

Budapeszt uwielbiam, mam nadzieję że wy też się w nim tak zakochacie!  A na wieczorne piwo i iluminację miasta polecam najromantyczniejsze miejsce tuż koło mostu Elżbiety, nad wjazdem do tunelu! 




poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Magia Norwegii


Norwegia kojarzyła mi się zawsze z monumentalnymi fiordami, smagłymi blondynami oraz bardzo wysokimi cenami. Pierwsze dwie kwestie mnie nie rozczarowały, trzecia zaś – pozytywnie tak. Okazuje się, że dzięki tanim liniom lotniczym węszącym wszędzie biznes oraz fenomenowi coachsurfing’u Skandynawię mogłam zwiedzić taniej niż Polskę!
Absurdalne przeceny WizzAir sprawiły, że bilety do Stavanger, środkowa Norwegia, kupiłam już za 68zł. W dwie strony. Oczywiście bez bagażuJ Dzięki coachsurfing’owi znalazłam cudownego hosta, Marka, który trzy krótkie dni zamienił w szaloną, niezapomnianą przygodę!
Oczywiście okolice Stavanger to przede wszystkim monumentalne Preikestolen z półką skalną zwieszoną 603 m.n.p.m. Miejsce to można bez kozery nazwać jednym z architektonicznych cudów natury, a zdjęcia znane są w całej sieci.


Jednak, żeby to była udana wycieczka, trzeba być bardzo uważnym. Nam się udało, ale to fart początkującego J
1    Uważaj kiedy wyjeżdżasz.
Dostęp na Preikestolen jest możliwy dopiero od maja, chodź to też nie jest gwarantowane. Często i gęsto śnieg nawet do połowy miesiąca potrafi pokrywać stok, uniemożliwiając spacer.
Szczerze, nie polecam też wyjazdu w okresie wakacyjnym. Podobno ilość turystów dziennie potrafi sięgać nawet 20tys, a ścieżki naprawdę nie są wystarczająco szerokie na taką ilość piechurów. No i wielu jest kompletnie nieprzygotowanych, co owocuje w irytujące przestoje.
My wybrałyśmy się pod koniec majówki, od 5 do 8maja. Pogoda była rześka, żeby nie powiedzieć że nam tyłki zamarzały na górze ( w Polsce było wtedy powyżej 30o ). Dlatego polecam naprawdę dobrze sprawdzić pogodę, jednak trzeba być przygotowanym na najgorsze. Na szczęście w Norwegii pogoda jest  jak w kalejdoskopie, a między wysokimi fiordami, nawet co pół godziny jest zmiana od palącego słońca po deszcz ze śniegiem.

2.       Dobre obuwie
Spacer na Preikestolen trwa około 2 – 2,5h. Nie ma zbyt dużo chwil z łańcuchami, jednak jest moment gdzie przez pół godziny trzeba wspinać się po kamieniach pod górę. Dlatego ostrzegam, żeby brać dobre obuwie. Nie musi to być od razu traper ze skóry kangura, jednak zaufany adidas z mocną podeszwą może naprawdę nas uratować w trudnych chwilach. I nie, tenisówki nie mają twardej podeszwyJ

3    Termosik
Szczyt jest całkowicie odsłonięty, a wiatr, nawet przy pięknej pogodzie potrafi zmrozić aż do kości. Dlatego naprawdę dobrym pomysłem jest termos z herbatką / kawką i obowiązkowa czekolada!


Jak dojechać?
W centrum Stavanger znajduje się informacja turystyczna, gdzie bardzo cierpliwe Panie świetnym angielskim pokierują na Preikestolen. Dojazd, jeżeli nie mamy samochodu, jest praktycznie ograniczony do skorzystania z promu na Tau, a później autobusu. Przejazd w dwie strony to około 120zł (240 – 250 koron szwedzkich, za prom i bus)
Zauważyłam, że firma która do tej pory obsługiwała te trasę zmieniła właściciela, co też może wiązać się ze zmianami odjazdów. Polecam szukać najświeższych informacji w informacjach turystycznych.  Promy w okresie wakacyjnym odpływają mniej więcej co godzinę, jednak od maja do czerwca są 2-3 na dobę, około 10, 12 i 14. I uważajcie, chociaż Stavanger jest naprawdę małym miastem, prom do Tau odpływa z odległej kei, tuż przy parku z dziwnymi instalacjami muzeum nafty.
Cała wycieczka może zająć nawet cały dzień
Prom ok. 40min
Bus 20 -25 min
Wspinaczka w jedną stronę ok. 2,5 h
Czas na szczycie – wedle uznaniaJ

Życzę dobrej pogody i niezapomnianych wrażeń!


niedziela, 22 lipca 2012

Kanałem po Londynie


Londyn jest jedną z największych metropolii na świecie. Posiada prawie 8 milionową populację, powierzchnię ponad 1500 km kw i chyba wszystkie kultury i religie świata. To miasto niezwykłego mixu, pełne barw, dźwięków, smaków i kolorów. Każda dzielnica zachwyca kompletnie innym klimatem : City tłumem turystów, Nothing Hill pięknymi, kolorowymi budynkami i sobotnim targiem, Bloomsbury studentami i Virginią Woolf, Camden Town wszechobecnymi punkami, metalowcami i szaleńcami, Soho wygórowanymi cenami i towarzystwem światowych gwiazd, China Town zapachem chińskich potraw, Ealing polską mniejszością, Canary Warf – yuppie i smukłymi wieżowcami, a wszystko to połączone krwioobiegiem metra. Jednak często, patrząc na Londyn, zapomina się, że jest to bardzo stare miasto, o którym pierwsze wspomnienia pochodzą z 70 -80 roku n. e. Przez lata ciągle się zmieniało: pierwsze zabudowania mieszczące się na terenie Aldwych, są kompletnie niezauważalne, schowane głęboko pod wieloma warstwami budowanych i burzonych kamienic. Trudno też jest, patrząc na dzisiejsze miasto, zauważyć w nim charakter portowy, tak ważny dla ukształtowania się miasta. Transport wodny został praktycznie całkowicie przesunięty na wschód: główną cześć Tamizy przeznaczono na rejsy wycieczkowe i sporadyczne, okolicznościowe defilady. Podobnie zanikły prawie wszystkie kanały, chociażby wielki Fleet Street został całkowicie zasypany, zamieniając się w ciemną aleję. Jednak w Londynie nadal kanały mają swoje znaczenie, chociaż nie tak łatwo je znaleźć.
Z reguły zamieniły się w urokliwe rzeczki, w pełni pod kontrolą mieszkańców, mające raczej na celu umilenie krajobrazu i stworzenie atrakcyjnym terenów dla porannych biegaczy. Jednak nie wszędzie. Na północy i na południu znajdują się kanały gęsto zamieszkane. Na podłużnych barkach nadal mieszkają ludzie, mając swoje domostwa w samym centrum miasta, przy okazji płacą najniższy czynsz. Jest tylko jedna reguła –w jednym miejscu nie możesz przybić na dłużej, niż trzy tygodnie.
Tym razem zabieram was na niezwykły spacer wzdłuż jednego z najbardziej uroczych kanałów miasta, odkrytego przeze mnie całkowitym przypadkiem. Spacer biegnie od samego centrum szalonego Camden Town, zejście znajduje się tuż przy sławetnych Stables Market. Kierując się na wschód można sobie uciąć półgodzinny, magiczny spacer aż do Caledonian Road(tu przyznam się, że nie wiem jak dalej idzie trasa…), gdzie później kierując się na południe, wypadamy na sam, zatłoczony King Cross.
Serdecznie polecam każdemu, kto choć na chwilę chce uciec z gwaru wielkiego Londynu i zapuścić się na mniej turystyczne trasy!
A dla bardziej ciekawskich polecam urocze London Canal Museum przy York Way (na tyłach King Cross Station, tuż obok siedziby Guardian’a )



Mój własny Banksy! :)

sobota, 7 lipca 2012

Berlin w kolorze


Ostatnio w pracy rozmowa zeszła się na plany wakacyjne. Koleżanka powiedziała, że planuje wybrać się do Berlina, skonfrontować swoje wyobrażenie miasta jako Dzikiego Zachodu komunizmu, gdzie, jak jej się kojarzy, kłaki latają po szarych, pustych ulicach. Ta opinia zmusiła mnie żeby samej się zastanowić, jak wyglądał mój obraz. Muszę przyznać, że nim odwiedziłam stolicę Niemiec, miałam podobne skojarzenia. Moje jedyne wizualne obrazy pochodziły z kultowych filmów młodej fali, jak z sentymentalnego Good Bye Lenin! lub antykonsumpcyjnych Edukatorów. Berlin w moim wyobrażeniu był miastem wielkich alei przeznaczonych nie dla ludzi, a demonstracji siły zbrojnej nazistów,  brudnego beżu szarzejącego od dekad na socjalistycznych, kolosalnych budynkach, smutnych blokowisk i mieszkańców: schludnych, eleganckich, niedostępnych, ubranych podług niemieckiego ordung.


Berlin jednak okazał się ogromny zaskoczeniem! To miasto kolorów, muzyki, zabawy, sztuki nowoczesnej, sztuki użytkowej, flashmobów, niezwykłych ludzi i niespotykanego poczucia humoru!





 O godzinie 18 pewnego ciepłego wieczoru ni stąd ni z owąd Seal zaczął śpiewać pod bramą Branderburską wyposażony jedynie w gitarę. Gdy mój brat stwierdził, że dla żartu będzie jeździł w masce konia po mieście rowerem, okazało się, że nie posiadał najoryginalniejszego stroju i musiał ustąpić miejsca Darth Vaderowi i samozwańczej Myszce Mickey. Na każdym rogu są bujne, kolorowe murale, ludzie są otwarci i niezwykle przyjacielsko nastawieni, a miasto żyje w pełni przez całą dobę.














No i ta muzyka! Paul Kalkbrenner i album/film „Berlin Callin’”.


Może Berlin nie jest moim ulubionym miastem, ale na pewno jest to miejsce do życia dla młodych, ambitnych i kreatywnych ludzi, wyróżniając się na tle całej Germanii. Piątka z plusem i ogromny sentyment!