środa, 24 lipca 2013

Opowieść o toalecie

Po wszystkich moich podróżach niewątpliwie nasuwa mi się wiele myśli, które miałyby pomóc w syntezie doświadczeń. I choć czasem mam wrażenie, że już prawie dotknęłam prawy objawionej o różnicach kulturowych i jak je wychwytywać w natłoku szumu informacji, zawsze gdzieś po drodze gubię ich prawdziwy sens. Niewątpliwie jednak kwestia toalet, które widziałam i z których, chcąc nie chcąc korzystałam, najpełniej do tej pory pozwoliła mi na konkretny obraz i podsumowanie miejsc, które widziałam.

Tak też zaczynając od „cywilizowanego” zachodu chyba najbardziej w pamięć zapadły mi toalety na pięknej, niemieckiej ziemi, na trasie Arhus (Dania) – Berlin. Po przekroczeniu duńskiej granicy i wpłynięciu na przestwór zieleni Germanii w zaskoczenie wprowadziły nas kible na stacjach benzynowych. Wchodziło się do nich przez bramki, podobne do tych w warszawskim metrze. Same kabiny były sterylnie czyste, a po „skorzystaniu” muszla klozetowa obracała się wraz ze wskazówkami zegara pod małą gąbką czyszczącą nasączoną płynem anytbakteryjnym. Moje zaskoczenie tym niezwykłym popisem czystości sprawiło, że musiałam jeszcze parę razy wypróbować ten cudowny patent. Jakież to wspaniałe urządzenie, milion razy wyprzedzające kibelki samospłukujące dla zapominalskich, spotykane często i gęsto w centrach handlowych.

Tak pewna swoich przekonań, nad tym, że to toaleta, a zwłaszcza jej czystość, jest świadectwem bogactwa i zamożności narodu, wybrałam się do Indii. Co ciekawe, kraj ten gruntownie zmienił moją opinię na ten temat :)

Kwestia toalet, a zwłaszcza ich czystości, jest rozległym tematem w Indiach, tematem niezwykle wielowątkowym i wynikającym nie tylko z kultury i wierzeń, ale też samego przystosowania fizycznego. Po pierwsze, co łatwo się domyślić , najczęściej spotykaną formą kibelka jest dziura w ziemi z porcelanowymi nóżkami.

 Patent, nawet w Polsce uważany za anachroniczny i obrzydliwy, w Indiach święci triumfy. Jest to standardowe rozwiązanie nie tylko w miejscach publicznych (pociągi, knajpy), ale także w domach zwykłych hindusów. Niezwykłym zaskoczeniem było dla nas odkrycie, że w domu „aspirującego do zachodniego stylu” coacha, toaleta całej rodziny składała się właśnie z prysznica, umywalki i tych sławetnych, porcelanowych nóżek. Na szczęście miała spłuczkę, przez co czynności związane z „twardszymi tematami” nie wzbudzały aż tak dużego obrzydzenia. Z Kasią długo debatowałyśmy, dlaczego hindusi,  we własnych, prywatnych domach, wolą taką, jakby nie patrzeć niewygodną formę, toalet. Ku naszemu zaskoczeniu odkryłyśmy jeszcze bardziej absurdalną formę toalety:




 Paten jest zaskakujący. Po dłuższych negocjacjach, a także badaniu empirycznym, odkryłyśmy, że na wyprofilowanych bokach muszli po prostu się kuca, w ten sposób łącząc elementy tradycyjnej toalety „kucznej” ze stylem „zachodnim”. Cóż za genialne w swojej prostocie rozwiązanie!

Nadal jednak nie wiedziałyśmy, dlaczego takie właśnie rozwiązanie kucane, mimo widocznych przykładów z zachodu, nadal cieszy się tak ogromną popularnością, a hindusi budując nowe domy mimo wszystko montują sobie „porcelanowe stópki”. Odpowiedź przyszła w Agrze z ust naszego „anioła stróża”, a także rikszarza, Moina. Zaprosił nas na kolację do siebie do domu. Z dumą oprowadził  po świeżo wybudowanym segmencie, pokazując też toaletę „tradycyjną”. Kolację zjadłyśmy, trochę to kucając, a trochę siedząc po turecku na łóżku w pokoju córek. Sam Moin cały wieczór siedział w bardzo niskich „kuckach” na płaskich stopach. W pewnym momencie, zainteresowane jak to możliwe, że wytrzymuje w tej pozycji i nie łapią go skurcze mięśni, zaczęłyśmy go o to wypytywać, a także same próbować, co kończyło się ciągłymi przewrotkami. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że wynika to z różnicy budowy ciała pomiędzy białymi, a hindusami. My, Europejczycy, posiadamy mięśnie i tłuszcz na łydkach, przez co automatycznie „kucanie” jest dla nas trudniejsze. Hindusi, nawet opaśli, nigdy nie mają aż tak rozbudowanych nóg, jak nie przymierzając, ja. Pozycja, którą oni naturalnie przyjmują, jest dla nich równie wygodna jak siedzenie na krześle (potrafią w ten sposób cały dzień wytrzymać), a co za tym idzie, toaleta w ten sposób nie wiąże im się z żadnym dyskomfortem, a wręcz formą specyficznego odpoczynku.

Faktycznie fizyczna predyspozycja do załatwiania się „na Małysza”, co w tym przypadku przez znacznie obniżoną pozycję zadka, żartobliwie nazwałyśmy „na Żyłę”, w pewien sposób odpowiedziała na nasze pytania. Jednak nadal pozostawała bardzo dyskusyjna kwestia – czystości hinduskich toalet.

W trakcie naszej podróży po Indiach miałyśmy przyjemność mieszkać w kilku prywatnych domach, zaproszone przez hindusów poznanych na Coachsurfingu. Byli to faceci, mieszkający z rodzinami lub sami. Co nas uderzyło, to fakt, że toalety w domach „singli bez mamusi”, były, delikatnie mówiąc – obrzydliwe. Warto tu podkreślić, że nasi tzw. hości (ang. host) pochodzili z zamożnych rodzin, głównie kasty bramińskiej. Nie mogłyśmy więc dojść, jak mężczyzna, posiadający własne mieszkanie w centrum miasta (a to niebanalny wydatek), mający samochód na własność i inne udogodnienia, ma taki syf w kiblu?

Kwestia czystości w takim kraju jak Indie diametralnie zmienia znaczenie. Indie są krajem suchym (zwłaszcza przed monsunem), porośniętym pyłem i kurzem, gdzie na każdym rogu walają się tony śmieci. Dodatkowo menażeria w postaci świętych krów, psów, małp, a także wszechobecnych bezdomnych i slumsów, dodatkowo „zabrudza” ten obraz. Tak naprawdę bycie „czystym” w europejskich standardach jest tu niemożliwe. Na początku prowadziłyśmy wojnę z ogarniającym nas brudem, co chwila czyszcząc ręce chusteczki odświeżającymi oraz płynami antybakteryjnymi, martwiąc się o szybkość kurczenia się naszych zapasów. Jednak z czasem nasze „oczyszczające” rytuały stały się coraz rzadsze, dopuszczając pewne luki w kąpielach czy myciu zębów. Powoli zaakceptowałyśmy, że z kurzem osadzającym się na naszych ciałach nijak nie wygramy.

W Indiach, w odróżnieniu od znanego mi świata Europy, znacznie ważniejsza od czystości fizycznej, jest czystość rytualna. Przeciętny hindus, a zwłaszcza muzułmanin, nigdy nie tknie jedzenia lewą ręką (cóż za niesamowity spektakl było obserwować Moina pałaszującego obiad tylko prawą dłonią), ponieważ ta służy do rzeczy nieczystych. Wokół ogromnej sieci, zwykle prostych, czysto symbolicznych rytuałów, można się pogubić próbując je wszystkie wyłapać na raz. Faktem jest jednak, że jedną z głównych przyczyn zmazy rytualnej jest kontakt z umarłymi oraz nieczystościami. Zwłaszcza, kolokwialnie rzecz mówiąc, kupą. Tymi sprawami zajmują się tylko Nietykalni, najniższa z kast, którzy przez resztę społeczeństwa traktowani są może nie gorzej, ale na pewno ze znamionami obrzydzenia. Oczywiście Nietykalny nie musi od razu znaczyć brudnego, zagłodzonego bezdomnego – często są to ludzie przyzwoicie prosperujący, którzy jednak na stałe mają kontakt ze „zmazą czystości”.

Łatwo z mojego wywodu wywnioskować, że kwestia posprzątania toalety to oczywiście praca Nietykalnych. Z moich obserwacji wynikło, że nasi hości, z reguły młodzi faceci, nie mieli w domu służby specjalnie „wykwalifikowanej” , przez co stan toalet znajdował się w tak opłakanym stanie. Widać, oczywiście podkreślam że to głównie nasza obserwacja, że łatwiej udawać, że problem brudnej toalety nie istnieje i tego się nie dotykać, skoro już sama kwestia zrobienia „kupy” jest naruszeniem czystości, że lepiej nawet nie myśleć o jej wysprzątaniu. I nie ważne wtedy, czy jesteś  z kasty braminów, czy jakiejkolwiek innej. Przed kiblem każdy w Indiach jest równy.


Wracając jednak do głównego tematu – co toaleta może powiedzieć o kraju. Z jednej strony niemieckie, samoczyszczące się kible to szczyt geniuszu i wygody ludzi zachodu. Z drugiej jednak strony tak się zastanawiam – czy my z naszymi muszlami klozetowymi, które obkładamy papierem toaletowym na lewo i prawo jeżeli tylko nie znajdują się w naszym domu, jesteśmy tak bardzo sprytniejsi od hindusów i ich toalet „na Małysza”? 


1 komentarz:

  1. Proponuje zgłębienie tematu toalet w Korei lub Japonii https://www.youtube.com/watch?v=qKV_qsk9c-A :) Przy czym toalety tego typu nie są jedynie montowane w domach, ale również w miejscach publicznych. Jeżeli chodzi zaś o obrzydliwość to nic nie przebije toalety publicznej na Ukrainie, gdzie nie było takich ładnych porcelanowych dziur tylko dobra betonowa płyta z otworem. Był on dość spory, ale parę osób miało chyba problemy z celowaniem ;) A jeżeli chodzi o załatwianie się w kuckach to podobno jest to zdrowsze dla jelit ;)

    OdpowiedzUsuń